Koniec polowań dla rozrywki
W polskim lesie można kupić doświadczenie zabijania. Nie trzeba być członkiem lokalnego koła łowieckiego, nie trzeba mieć żadnej więzi z miejscem, nie trzeba ponosić konsekwencji tego, co dzieje się później z lokalną przyrodą. Wystarczy zapłacić. Tak działa system polowań komercyjnych: biznes ukryty za językiem „gospodarki łowieckiej”, „obsługi łowiectwa” i „ośrodków hodowli zwierzyny”. Państwo oddało dzikie zwierzęta w system, który pozwala zarabiać na ich zabijaniu, a potem udaje, że to tylko tradycja.
To nie jest margines systemu. To nie jest kilka wyjątkowych polowań dla kolekcjonerów trofeów. To sieć firm, jednostek Lasów Państwowych, ośrodków hodowli zwierzyny i lokalnych kół łowieckich, które wspólnie tworzą rynek zabijania. Rynek tym bardziej wygodny, że ukryty pod państwowym parasolem „gospodarki łowieckiej”.
To właśnie pokazaliśmy w raporcie o polowaniach komercyjnych. Udało nam się ustalić 175 podmiotów, które zgłosiły działalność polegającą na organizowaniu polowań komercyjnych. 98 z nich to spółki lub jednoosobowe działalności gospodarcze, a 77 to jednostki organizacyjne Lasów Państwowych. Do tego dochodzi ponad 160 ośrodków hodowli zwierzyny — miejsc, które w założeniu miały służyć szczególnym celom gospodarki łowieckiej, a w praktyce często są zapleczem komercyjnych polowań. Najbardziej uderzające jest jednak nie tylko to, ile takich podmiotów udało się znaleźć. Bardziej niepokojące jest to, że państwo nie ma pewności, czy to pełna lista.

Jeżeli ktoś organizuje wycieczki szkolne, pielgrzymki albo zwykłe imprezy turystyczne, państwo wymaga wpisu do rejestru, gwarancji ubezpieczeniowych i składek na fundusz turystyczny. Ale jeżeli ktoś sprzedaje turystom możliwość zabijania dzikich zwierząt, nagle te wymogi przestają go dotyczyć.
Po kolejnych falach deregulacji z dawnego nadzoru nad „biurami polowań” została w praktyce coroczna polisa ubezpieczeniowa przesyłana marszałkowi województwa. Ale jeśli przedsiębiorca nie zgłosi się sam, marszałek może nawet nie wiedzieć, że działa. Również kontrola Państwowej Straży Łowieckiej nad tą działalnością często jest iluzoryczna albo nie istnieje w ogóle. W woj. kujawsko-pomorskim PSŁ w tym obszarze działa wzorcowo - urząd marszałkowski udostępnia listę biur turystycznych zajmujących się polowaniami, a policja na bieżąco przekazuje strażnikom informacje o zgłoszonych polowaniach z udziałem cudzoziemców. Ale już na przykład w woj. mazowieckim kontrole nie są prowadzone w ogóle.


Istnienie rynku „polowań komercyjnych” przeczy jednej z podstawowych opowieści, którą myśliwi opowiadają o sobie samych. Słyszymy, że łowiectwo to służba. Że myśliwi poświęcają własny czas i własne pieniądze, aby wykonywać zadania powierzone im przez państwo. Że bez nich przyroda wymknęłaby się spod kontroli. Polowania komercyjne pokazują zupełnie coś innego: nie chodzi o żadną „społeczną służbę”. Znajdują się dziesiątki tysięcy osób chętnych, żeby za możliwość zabijania zwierząt płacić. I powstają podmioty, żeby na tej czyjejś chęci zabijania zarabiać, Z publicznych sprawozdań finansowych biur polowań prowadzących działalność w formie spółek wpisanych do KRS wynika, że osiągają one średnie roczne przychody na poziomie około 2 mln zł. Przychody jednoosobowych działalności gospodarczych nie są publicznie dostępne, więc pełnej wartości tego rynku nie da się rzetelnie policzyć. Wiadomo natomiast, że już w 2016 roku same koła łowieckie wykazały 72,5 mln zł przychodów z polowań komercyjnych. Nowszych danych PZŁ nigdy nie ujawnił.
W debacie publicznej potrafimy słusznie oburzać się na polowania dla trofeów w Afryce czy Azji. Ale nie zauważamy, że Polska sama jest miejscem, do którego przyjeżdża się po takie doświadczenie. Nie po kontakt z przyrodą, nie po jej ochronę, nie po edukację przyrodniczą. Po możliwość zabicia dzikiego zwierzęcia.
Według danych uzyskanych przez nas z komend wojewódzkich policji w 2025 roku zgłoszono 2917 polowań, w których mieli brać udział cudzoziemcy. Z danych tych wynika, że można mówić o co najmniej 12 tysiącach zagranicznych myśliwych, którzy przyjechali do Polski i strzelali tutaj do zwierząt. To tylko dane wynikające ze zgłoszeń, ale nie można mieć pewności, że to pełna skala tego zjawiska. To jest właśnie turystyka zabijania. Klient przyjeżdża, płaci, strzela, zabiera trofeum a potem wraca do domu. Zwierzę zostaje martwe. Las zostaje miejscem, w którym publiczny zasób przyrody został zamieniony w prywatny zysk.
Szczególnie ponurym symbolem tego systemu są ośrodki hodowli zwierzyny. Sama nazwa brzmi tak, jakby chodziło o ochronę, badania, troskę o populacje zwierząt. Tymczasem funkcjonują one po prostu jako zaplecze komercyjnych polowań. Są prowadzone przez nadleśnictwa lub przez zarządy okręgowe lub Zarząd Główny PZŁ (nie przez lokalne koła łowieckie). Każde takie miejsce ma swoją "ofertę łowiecką" z cennikiem. Niektóre mają nawet sklep on-line, gdzie można wybrać sobie miejsce i gatunek zwierzęcia do zabicia.

Można oczywiście poprawiać rejestry, doprecyzowywać obowiązki, wzmacniać kontrole, nakładać kolejne wymogi sprawozdawcze. Wszystko to byłoby lepsze niż obecny stan, w którym państwo nie potrafi nawet wskazać pełnej listy podmiotów zarabiających na komercyjnych polowaniach. Ale w przypadku biur polowań problem nie polega wyłącznie na braku nadzoru. Problem polega na samej istocie tej działalności.
Nie da się etycznie „uregulować” rynku, którego produktem jest możliwość zabicia dzikiego zwierzęcia dla przyjemności. Nie da się naprawić systemu, w którym zwierzę będące częścią przyrody, dobrem ogólnonarodowym i formalnie własnością Skarbu Państwa staje się pozycją w ofercie turystycznej. Nie da się pogodzić deklarowanej ochrony przyrody z legalnym biznesem polegającym na sprzedaży dostępu do jej niszczenia.
Dlatego działalności biur polowań nie należy jedynie lepiej kontrolować. Należy jej zakazać. Koniec z rynkiem, na którym dzikie zwierzęta sprzedaje się jako cel do zastrzelenia. Polski las nie może być ubojnią zwierząt dla zagranicznych turystów. Państwo nie powinno pozwalać, aby dobro wspólne było zamieniane w prywatny zysk z zabijania.
